Tytułem wstępu
Wiem, wiem – przegiąłem z tytułem. Czy tak uważasz? Hmmm, zaraz wyjaśnię, co mam na myśli pisząc, że nie ma boga (celowo z małej litery tutaj). Aczkolwiek przyznam, że tytuł tego artykułu celowo jest prowokujący. Prowokujący do myślenia i dyskusji.
Nie chcę nikogo obrazić ani urazić. Nie chcę naśmiewać się, szydzić, kpić. Jeśli moje słowa odbierzesz w ten sposób – przepraszam, ale nie taki był mój zamysł i widocznie nie dość klarownie przelałem me przemyślenia na ekran.
Pamiętaj, że mogę się mylić, bo mylę się często. Niemniej tekst ten nie powstał w ciągu godziny czy dwóch; to wynik setek godzin przemyśleń. Zatem zanim puścisz wodze krytyki, miej to na uwadze.
Poniższy tekst będzie bardzo subiektywny. Mam do tego prawo, z którego bez ogródek dziś skorzystam.
Co chcę przekazać tym tekstem?
Wiem, że zabrzmi to bynajmniej dziwnie i skieruje na mnie falę krytyki. Nie szkodzi. Muszę to napisać: wiem, jaki jest sens ludzkiego istnienia. Oczywiście każdy z nas rozumuje w tym temacie nieco inaczej. I każdy ma swoje zdanie i przemyślenia. Dlatego proszę Cię: jeśli masz inny punkt widzenia, widzisz nieścisłości w moim rozumowaniu – napisz to w komentarzu. Proszę Cię o merytoryczne podejście, bo stanowisko typu „bo tak” zbytnio mnie nie interesuje.
Moje słowa można by zakwalifikować jako popularno naukowe, choć to pewnie za dużo powiedziane. Nie chcąc zbytnio wchodzić w szczegóły pewnych zagadnień (dla skrócenia tekstu), używam często skrótów czy samych niemal haseł. Jest tak dlatego, ponieważ jest to tylko artykuł – nie książka. Muszę więc oszczędzać miejsce i Twój czas.
Chcę Ci przekazać mój punkt widzenia, jeśli chodzi o sens życia człowieka.
Czy naprawdę nie ma boga (lub Boga)?
Nie ma boga, w jakiego chce wierzyć większość ludzi. Nie ma starego dziadka, z długą siwą brodą i dobrodusznym spojrzeniem. Nikt nie rządzi Wszechświatem, nie kieruje, nie gra w szachy naszym życiem. Większością zjawisk rządzi czysty przypadek. Dlaczego napisałem większością? Ponieważ Prawo Przyciągania działa. Mamy wpływ na nasze życie w pewnym zakresie. Nasze życie nie jest nigdzie zapisane. A nawet gdyby tak było, tzn. jeśli byśmy się przenieśli w czasie (wtedy czas by się cofnął, zatem to, co miałoby nastąpić, byłoby nam – podróżującym w czasie – znane), to trwalibyśmy w czymś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości. Toczyłaby się zgodnie „z planem” (czyli tak, jak byśmy się spodziewali, znali ją), jednak moglibyśmy ją zmienić. Zatem nie ma znaczenia, czy czas „już się wydarzył” i ewentualnie „jak daleko zaszedł”. Bo i tak tu i teraz mamy wpływ na to, co się dzieje wokół nas (na nasze emocje, kontakty z innymi ludźmi, codzienne decyzje, wybory); a na część zdarzeń nie mamy wpływu (np. na ewentualną awarię samolotu, którym lecimy). Nie ma zatem boga. Jesteśmy natomiast my, nasze świadome wybory i… przypadek.
Dlaczego chcemy wierzyć w boga?
Jest wiele powodów. Główne z nich to:
- Strach. Nie chcemy, żeby życie doczesne było jedynym naszym bytem, istnieniem. Nie chcemy umrzeć i zniknąć. Zatem ze strachu – wierzymy. Tak jest nam łatwiej.
- Potrzeba sensu. No właśnie: chcemy, aby nasze życie miało sens. Wręcz na siłę chcemy mu je nadać. I jeśli nie potrafimy odnaleźć tego sensu w inny sposób – uciekamy się do wiary.
- Zaprogramowanie. Większość z nas żyje w pewnym „środowisku religijnym”. Nasi rodzice i dziadkowie w coś wierzą. Nasi znajomi, przyjaciele, małżonkowie. Od dziecka większość z nas jest pojona jakąś religią. Niekiedy jesteśmy tak mocno zaprogramowani (podobnie jest np. z kompleksami), że ciężko jest nam się z tego wyrwać. Niektórzy nigdy się nie wyrywają. Pamiętam, jak mój kuzyn kiedyś powiedział (na moje słowa na temat boga): „Nie mogę w to uwierzyć, że tyle milionów ludzi miałoby być robionych w bambuko!”. No właśnie: nie może uwierzyć…
Czy zatem uważam wiarę za głupotę? Oczywiście, że nie! Mądra wiara niesie wiele dobrego:
- Uspokaja osobę wierzącą. Pozwala jej funkcjonować.
- Sprawia, że ludzie gromadzą się, poznają, rozmawiają, modlą.
- Prawdziwa wiara przenosi góry – tak, to prawda. Prawdziwa modlitwa, szczególnie wspólna modlitwa większej grupy osób, potrafi czynić „cuda” (wziąłem w cudzysłów, bo nie ma cudów – są tylko rzeczy, których na razie nie pojmujemy). Tak: wspólne myślenie nad jednym celem gromadzi energię, która może realnie wpływać na rzeczywistość. Tyle tylko, że żaden stary dziadek nas wtedy nie słucha…
Zatem religie powstały z potrzeby ludzkiej. To ludzie dla ludzi wymyślili religie. I nadal wymyślają. Nawet niektórzy na tym zarabiają, ale to jeszcze inna sprawa – dla tego tekstu nieistotna.
Kim zatem jest bóg? Jeśli jest…
Nie kim, ale CZYM.
Pamiętam, jak kiedyś na imprezie u nas w domu rozmawialiśmy przy piwie o bogu właśnie. Lubię wypytywać znajomych, jakie mają zdanie w tym temacie. Gdy kumpel spytał mnie, kim jest dla mnie bóg, odpowiedziałem: „Bóg jest energią.” A on na to: „Hehe, typowo inżynierskie podejście.” 😉 Fakt faktem – jestem inżynierem.
Tak: Bóg jest energią. Mógłbym napisać, że Bóg jest wszędzie, że jest w każdym z nas i w każdym przedmiocie, zwierzęciu itd., jednak to tylko różne formy energii. Bo w ostatecznym rachunku wszystko sprowadza się do energii. Nawet nasza dusza, jaźń, świadomość – czy jak byśmy tego czegoś nie nazwali.
Zatem nie ma nieba ani piekła. Jest ruch energii w przyrodzie. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Dokładnie tak. Zamienisz się w energię. Wszystko jest energią. Czy jednak „energią bez sensu”, działającą na ślepo, w ciągłym przypadku, chaosie? Hmm, zastanówmy się nad tym przez chwilę.
Czym jest Wszechświat?
Nie jestem alfą i omegą. Nie myśl, że będę się chwalił, iż wiem, jak działa Wszechświat. Oczywiście, że nie wiem. Nikt nie wie w tej chwili. Jako gatunek ludzki jesteśmy na początku POZNANIA. Niedawno odkryliśmy siłę atomu. Także niedawno spenetrowaliśmy przestrzeń wokół naszej planety (dodajmy: bliską przestrzeń). Gdzie nam do poznania duszy, ciemnej materii we Wszechświecie, wykorzystywania energii galaktyk.
Jednak sporo już wiemy (przynajmniej na jakimś tam niskim poziomie).
Dodam, że zastanawianie się, czy jesteśmy sami we Wszechświecie, jest również niecelowe. Bo po co? Z jednej strony, prawdopodobieństwo istnienia życia we Wszechświecie jest bliskie 1 (czyli 100%). Przecież istnieją miliardy miliardów planet podobnych do naszej. Ile z nich może mieć podobne warunki do rozwoju życia? A przecież jesteśmy tylko jedną z form życia. Jest wielce prawdopodobne, że OBCY są niepodobni do nas, inaczej są zbudowani, być może są tylko jakąś formą niewidzialnej energii. Z drugiej strony, życie jest cudem (tzn. nie wiemy do końca, jak powstaje życie jako takie – zatem nazwijmy na teraz je cudem). Zatem jest możliwe, że jesteśmy sami we Wszechświecie. Tylko jakie to ma znaczenie??? Aaa, właśnie: wiara. Jeśli naukowcy udowodnią, że miliony lat świetlnych od nas istnieje jakaś tam obca cywilizacja, to… lepiej się poczujemy. W tym wielkim, zimnym, bezdusznym Kosmosie (piszę z wielkiej litery, jako synonim Wszechświata) nie będziemy sami! Oczywiście nigdy tych obcych nie zobaczymy, nie poznamy. Ale to przecież bez znaczenia: wystarczy nam wiara, że gdzieś tam istnieją.
Nie mówię, żeby zaniechać penetracji Kosmosu. Przeciwnie. Rozwój nauki, poznania – to nasz cel istnienia. Jednak nie traćmy czasu na kłótnie, czy jesteśmy sami we Wszechświecie. Szkoda czasu.
Cel egzystencji człowieka
No właśnie: taki jest cel tego tekstu. Po co żyjemy (my – jako ludzie)?
Spójrz na Wszechświat jak na jeden wielki organizm. Czy zgodzisz się ze mną, że to dobre porównanie? Podobno na początku był Wielki Wybuch: niewielka kulka o nieprawdopodobnej gęstości wybuchła. Wszystko zaczęło się rozszerzać: niczym fale na jeziorze po wrzuceniu doń kamienia. Tworzyły (i tworzą) się galaktyki, gromady galaktyk, układy planetarne. Ok, być może właśnie taki był początek wszystkiego. A może takich początków było już wiele? A może jest wiele Wszechświatów? A może istnieje nieskończona liczba alternatywnych rzeczywistości, czyli… Wszechświatów? Hmm, może. Ale czy to ma teraz, dla Ciebie i dla mnie, jakieś większe znaczenie? Praktycznie – nie ma.
Zgadzasz się jednak (mam nadzieję), że cała materia (czyli my także) jest pewną formą, postacią energii, prawda? Gdy nasz układ planetarny zestarzeje się, gdy Słońce dokona swojego żywota, urośnie, wciągnie kolejno planety Układu Słonecznego, w tym Ziemię, co wtedy się stanie? Wszystko zmieni tylko swoją postać. Atomy pozostaną atomami (lub nie, ale to tutaj bez znaczenia). Zatem jest tylko energia. Możemy rozmawiać na różne tematy, spierać się. Jasne. Ale chyba nikt nie będzie polemizował z tymi słowami: wszystko jest energią. Ok, idźmy dalej.
Wszechświat żyje. Nie mam tutaj na myśli życia np. na Ziemi. Mam na myśli Kosmos jako całość. Żyje, tzn. przeobraża się, porusza. Czyli powiedzmy umownie: żyje. Energia zmienia się w materię, materia w energię. Planety, gwiazdy powstają – i umierają. Wszystko się zmienia, przeobraża. I tutaj jest chyba jedyny (moim zdaniem) moment, gdzie możemy się spierać: czy należy traktować Wszechświat jak organizm, czy jako bezmyślną formę (energii, materii, czasu – jakkolwiek). Jest jednakże jeden niepodważalny fakt, albo raczej zjawisko, które sugeruje, że traktowanie WSZYSTKIEGO jako jednego wielkiego organizmu jest uzasadnione: ewolucja. Wszystko ulega ewolucji. Tak samo jak życie na naszej planecie, cały Kosmos ewoluuje. Jest to taka ewolucja w makro skali.
Jest jeszcze jedna sprawa: stałe fizyczne. Wszechświat wygląda tak, a nie inaczej, bo istnieją pewne stałe fizyczne (http://pl.wikipedia.org/wiki/Sta%C5%82e_fizyczne). Można się zastanawiać, czy stałe muszą być takie a nie inne, czy w innych wszechświatach (jeśli istnieją) są inne stałe fizyczne. OK. Ale „u nas” są takie a nie inne stałe fizyczne i tyle. I do tego wszechobecna EWOLUCJA. Wniosek? Wszystko w skali makro (w Kosmosie) funkcjonuje w sposób uporządkowany (wymuszają to stałe fizyczne). I ewoluuje. Wniosek? Wszechświat jest jednym, gigantycznym organizmem, który żyje, trwa i cały czas się zmienia. Ok, idźmy dalej.
Czym jest organizm?
Zastanówmy się teraz, czym jest organizm. Każdy organizm. To pewne zestawienie, zgromadzenie atomów (w organizmach żywych, lepiej mówić o komórkach). Organizmem jest dowolny robal, którego z obrzydzeniem rozgniatasz butem, organizmem jestem ja, organizmem jest nasza planeta. Kosmos także jest organizmem (być może częścią innego, większego organizmu).
Jak funkcjonuje dowolny organizm? Poszczególne komórki pełnią różne funkcje. Każda komórka „robi swoje”. Teraz dochodzimy do niezwykle ważkiej kwestii: wadliwych komórek. Każdy organizm lubi harmonię. W równowadze, zdrowiu – najlepiej się rozwija, funkcjonuje. Co się dzieje, gdy jakieś komórki szwankują? Są one usuwane, zamieniane zdrowymi, nowymi. Niekiedy wadliwe komórki (np. rakowe u człowieka) pokonują organizm i go zabijają.
Spójrz na Ziemię. Bez ingerencji człowieka, wszystko istniałoby w harmonii. Ziemia doskonale sama sobie radzi. Sama potrafi się naprawiać. Wszystkie ekosystemy działają w symbiozie albo przynajmniej obok siebie, niezależnie. Oczywiście Ziemię może spotkać jakieś wydarzenie z zewnątrz (np. uderzenie komety czy meteorytu). Może to nawet zakończyć jej istnienie. I takie działanie należałoby uznać za dzieło przypadku, bo trudno uznać, że kometa celowo trafiła w naszą planetę, by spełnić jakąś rolę dla Wszechświata. Podobnie jak na siłę próbujemy doszukać się sensu w wypadku, gdy autobus spadnie ze skarpy i zginą ludzie, tak samo absurdalne byłoby doszukiwanie się sensu uderzenia komety w Ziemię. Jedno jest ziemskim przypadkiem, a drugie kosmicznym. I tyle. Wszystko toczy się dalej.
Zatem dla każdego organizmu, w każdej skali ważne są komórki zdrowe, prawidłowo funkcjonujące. Wadliwe są niepożądane. Czy widzisz już, do czego zmierzam, Drogi Czytelniku?
Po co żyjemy?
Powyższy wywód miał na celu dojście do kluczowej kwestii: po co żyjemy.
Nie próbuj teraz na siłę nadawać swojemu życiu jakiś nadprzyrodzony sens, nie szukaj przez chwilę sensu w bogu (czy Bogu). Przez chwilę jeszcze idź moim tokiem rozumowania.
Skoro Wszechświat to organizm, skoro wszystko w NIM to organizmy, to jaka może być rola, sens istnienia dowolnego organizmu? Są tylko dwie opcje: albo dany organizm działa na korzyść ogółu (czyli organizmu nad sobą, do którego należy; w przypadku człowieka – do społeczeństwa, narodu i całej ludzkości), albo na niekorzyść.
Jeśli działa na korzyść – wspiera rozwój wszystkiego. Wszystkiego co jest ponad nim, lub inaczej: w czym się zawiera. Każdy z nas żyje w jakiejś społeczności – jesteśmy komórkami „społecznego organizmu”. Społeczność lokalna zawiera się w czymś większym (narodzie), dalej jesteśmy jako rasa ludzka, jako część planety – część Wszechświata.
Jeśli działa na niekorzyść – przeszkadza, jest intruzem, powinien zostać usunięty. Tak właśnie robimy z przestępcami: nie przestrzegają norm danej społeczności, więc są izolowani lub utylizowani. Jeśli ktoś popełnił niewielki, jednorazowy błąd – dajemy mu szansę. Jeśli jest to recydywa lub „niereformowalny” przypadek – kładziemy na nim lagę – idzie do kasacji (lub dostaje dożywocie i musimy go utrzymywać przez wiele lat).
Jaki jest zatem cel naszego istnienia? Wspieranie naszej społeczności, naszej planety, a patrząc całościowo – Wszechświata.
Wiem, że to trudne podejście, bo:
- wiara w jednego boga, który nad nami czuwa nieustannie
- wiara w spowiedź, na której zostaną nam wybaczone grzechy przeciw innym
- wiara w niebo i piekło, w nagrodę i karę
- wiara w życie wieczne
to wygodne podejście do życia. Nie potępiam ludzi, którzy w to wierzą. Dobrym człowiekiem może być katolik, ortodoksyjny Żyd lub muzułmanin, a także ateista.
3 płaszczyzny sensu życia
Mój wywód ma na celu jedno: pokazanie Ci mojego punktu widzenia, w którym żyjemy nie tylko dla siebie, ale także dla innych (przede wszystkim dla innych). Nie ma odpuszczenia grzechów. Nie ma spowiedzi. Nasze życie jest traktowane całościowo. Jeśli jesteś złym człowiekiem, w każdej chwili możesz się zmienić. I jeśli do końca swoich dni zrobisz więcej dobrego, niż złego – Twoje życie całościowo wyjdzie na plus. Ale nie myśl, że wystarczy refleksja przed śmiercią. Nie wystarczy. Każdy zły człowiek przed śmiercią robi w portki (być może nie każdy, ale wolę myśleć, że jednak każdy).
Zatem nasze życie spełniamy na trzech płaszczyznach – i to właśnie je uważam za sens życia ludzkiego. Kolejność jest tutaj dowolna – wszystkie są tak samo ważne. Oto one:
- Samorozwój. Samodoskonalenie i praca nad sobą. Nieustannie. Nie wiem, jakim Ty jesteś typem człowieka. Spójrz jednak na innych. Każdy człowiek, który ma cele i do nich dąży – jest szczęśliwy. Oczywiście samorozwój nie może być jedynym celem życia, jednak jest niezbędny, by nasze życie było spełnione. Tego nikt za nas nie zrobi. Pracując nad sobą, stajesz się coraz doskonalszym człowiekiem. Coraz lepiej funkcjonujesz, wykonujesz różne czynności, jesteś coraz bardziej przydatny dla innych, coraz więcej wnosisz do społeczeństwa. Jesteś potrzebny, wyjątkowy. Dąż do doskonałości. Każdy z nas urodził się z niezwykłym potencjałem. Naszym celem jest jego rozwój i jak najpełniejsze wykorzystanie. Niektóre religie mówią, że lenistwo jest grzechem. Cokolwiek byśmy przez to nie rozumieli, tak właśnie jest. Nie wykorzystanie potencjału, który w nas drzemie – to grzech, obraza Boga, obraza Natury, strata dla Wszechświata.
- Przekazywanie genów. A mówiąc inaczej: płodzenie potomstwa, jego wychowywanie i ukształtowanie. Przyroda w tym względzie niesamowicie nas wyposażyła. Mówię tu o popędzie seksualnym. Zauważ, że gdybyśmy płodzili potomstwo tylko z rozsądku, gatunek ludzki przestałby istnieć. To przez pożądanie robimy różne głupstwa, które niekiedy okazują się… naszym największym szczęściem 😉 Nie daj sobie wmówić, że można mieć spełnione życie np. spełniając się tylko zawodowo. To nieprawda. Znam ludzi, którzy się zapomnieli, przespali okres w życiu, kiedy mogli i powinni mieć dzieci, a teraz ich nie mają. Dzieją się z nimi różne rzeczy – ich psychika szuka substytutów. Popadają w nałogi, żyją w apatii, dewocieją itp. A przecież mogliby adoptować i uszczęśliwić małego człowieczka! Niestety rzadko wystarcza im na to odwagi. Tak, odwaga w życiu jest cechą niezbędną. Przekazując dalej życie (przez dzieci właśnie), ucząc nasze potomstwo jak żyć jeszcze lepiej i pełniej, niż sami to robimy, spełniamy się. Sam kiedyś nie przepadałem za dziećmi. „Jakie to niewygodne mieć takiego bachora!” – myślałem. Teraz nie wyobrażam sobie życia beż Ani i Tomka.
- Pomaganie innym. Ta pomoc ma oczywiście różnoraki charakter. Możesz być:
- politykiem, który pomaga społeczeństwu lepiej żyć
- stróżem, który pilnuje czyjegoś dobytku
- nauczycielem, który kształtuje innych
- robotnikiem, który stawia domy, by inni mieli gdzie mieszkać
- naukowcem, które dąży do POZNANIA (nie do miasta Poznań ;-))
- przedsiębiorcą, który dostarcza innym to, czego potrzebują do wygodnego życia
Nie ważne zatem, co robisz. Ważne, co dajesz innym. Czy wpływasz pozytywnie na życie innych? Czy inni są dzięki Tobie szczęśliwsi? Czy siedzisz za biurkiem i pierdzisz w stołek czekając na koniec dniówki, czy może angażujesz się w pracę wiedząc, że działasz dla dobra innych? Czy prowadzisz biznes czy e-biznes po to, żeby jak najszybciej się wzbogacić nawet kosztem innych, czy masz misję pomocy innym, a przy okazji chcesz wygodnie żyć? Zauważ, że ludzie, którzy prawdziwe pomagają innym, są szczęśliwi. Szczęście jest w pewnym sensie wyznacznikiem tego, czy dobrze żyjemy, czy się spełniamy.
Nie zrozum mnie źle! Wymienione przeze mnie powyżej 3 obszary sensu i spełnienia naszego życia są niejako ideałem, do którego powinniśmy dążyć. Jeśli nie masz możliwości spełnienia drugiego z nich, bo np. jesteś bezpłodny, absolutnie nie jest to żadną ujmą dla Ciebie! Po pierwsze, możesz adoptować dzieci. Tak naprawdę chodzi głównie o wychowanie i ukształtowanie dzieci – nie musisz koniecznie przenosić własnych genów. Przenieś na swoje dziecko Twoje serce, emocje, uczucia, miłość do ludzi, świata – to wystarczy.
A jeśli Ty, albo ktoś z Twoich bliskich jest np. upośledzony umysłowo, nie ma rąk, nóg czy jest niewidomy, pamiętaj, że życie każdego z nas ma sens. Nie szukaj wymówek, bądź silny. Spełnij swoje życie w takim zakresie, jakie masz tu i teraz możliwości.
Krótkie podsumowanie wywodów Krzywego
Na koniec przytoczę (po raz drugi na ebiznesy.pl) słowa Joe Weidera, trenera mistrzów kulturystki. Jego słowa są moim mottem życiowym. I idealnie pasują do tego tekstu.
„Staraj się dążyć do doskonałości, rób więcej niż możesz, kochaj przyjaciół, mów prawdę, bądź wierny oraz szanuj swojego ojca i matkę. Te zasady pomogą Ci osiągnąć mistrzostwo, uczynią Cię silniejszym, napełnią nadzieją i wskażą Ci drogę ku wielkości.”
A Ty, Czytelniku, jak uważasz???





Dodaj komentarz